Tygodnik Imperialisty – Wydanie XIV

 

W dzisiejszym odnowionym wydaniu wspaniałego „Tygodnika Imperialisty”:

  1. Trochę historii dla czytelników.
  2. Kultura nie jest zła.
  3. Wakacyjne porady z Tatooine.

 


Kącik Historyczny: Kovviss

Wielu naszych czytelników fascynuje się historią różnych części galaktyki. Niezwykle to doceniamy i chcemy im dostarczać materiały, które pomogą rozwinąć ich pasję. Dziś przyjrzymy się na prawdę niezwykłej planecie, zaczynając opowieść od pierwszych dni jej kolonizacji. Osadnicy przybyli na jej powierzchnię dwadzieścia trzy tysiące lat temu. Byli to tak zwani „wygnańcy polityczni” Starej Republiki, czyli osoby zbyt wpływowe i powiązane rodzinnie z członkami rodziny u władzy, więc nie można ich było trwale usunąć, a jednocześnie zbyt przeszkadzające skorumpowanym władzom, by mogły pozostać na świeczniku. Z początku na tę skalistą planetę przybyło łącznie około dwadzieścia tysięcy ludzi, ale odznaczyli się wybitnym talentem politycznym, dzięki któremu odcięli się politycznie od zgniłej Republiki, jednak z zachowaniem korzystnych umów celnych. Warunki środowiskowe były raczej niesprzyjające, a skalista planeta wybitnie niegościnna. Sytuacja wygnańców byłaby wręcz koszmarna, gdyby nie odkrycie przeogromnych pokładów cortosis w samej planecie i okolicznych pasach asteroid.
Teraz pojawił się nowy problem. Koloniści byli narażeni na ataki niewielkich grup pirackich, ale i z tym sobie poradzili. Przestępcom z całej galaktyki była zagwarantowana amnestia, w zamian za służbę w lokalnych siłach zbrojnych. Z niewielkiej grupy kolonistów populacja zwiększyła się do dwustu milionów nawróconych przestępców i szukających lepszego życia osadników, którym pozwolono się lokować na korzystnych warunkach. Kovviss momentalnie stał się cholernie bogaty. Doszło do takich absurdalnych sytuacji, jak dezercja całych okrętów wojennych z floty Republiki, by zakontraktować się u dawnych wygnańców, którzy po prawie dwustu latach rozwoju nazywani już byli „ojcami każdego okrętu”, z uwagi na praktyczny monopol na cortosis, wykorzystywanego w tamtych czasach do opancerzania okrętów wojennych. Z czasem zapotrzebowanie na ten minerał rosło, a razem z nim cena. W pewnym momencie Republika postanowiła zagarnąć własność nie tak wcale małej, ale jednak jednej planety, by uniknąć płacenia ogromnych pieniędzy za potrzebny materiał. Wyruszyła tam siedemnasta flota w powalającej siłę osiemdziesięciu okrętów ciężkich i nieznanej liczbie pomocniczych. Spodziewano się łatwej kampanii i szybkiego zwycięstwa. Jakież było przerażenie republikańskich dowódców, gdy odkryto na co zostały przeznaczone niebotyczne pieniądze zbite na górnictwie. Systemu strzegło ponad trzydzieści ciężkich okrętów (z nazwy znamy tylko trzy – „Bazalt”, „Kobalt” i okręt flagowy „Thetrarock”), a na pasach asteroid i orbicie samego Kovviss umiejscowione były liczne systemy obrony, generatory osłon planetarnych, pola minowe, hangary niezliczonych szwadronów myśliwców i zaplecze techniczno-logistyczne.

 

Ślepota władzy Republiki nakazała atakować pozycje obrońców Kovviss, w rezultacie została starta prawie cała siedemnasta flota, przy minimalnych stratach przeciwników. Republika musiała się wycofać, ale we własnej pysze postanowiono ponowić atak, pod dowództwem samego Wielkiego Kanclerza, z użyciem elitarnej gwardii Coruscant. Na miejscu spotkano silny opór, ale jedynie pięciu okrętów i systemów obrony. Zakładano, że reszta uciekła w obawie przed porażką. Nic bardziej mylnego. Coruscant zostało błyskawicznie najechane i zdobyte bez praktycznie jednego wystrzału. Konflikt zakończył się podpisaniem traktatu pokojowego na pokładzie okrętu „Thetrarock”. Choć przywódca Kovviss powitał kanclerza jako swego dalekiego kuzyna, traktat nie był rodzinną umową. „Daleki kuzyn” dyktował warunki, a kanclerz słuchał i kolejno podpisywał. Ta upokarzająca dla Republiki historia była tuszowana przez kolejne władze. Planeta Kovviss po ponad ośmiu tysiącach lat dominacji straciła swoją potęgę, wraz z rozwojem technologii generatorów osłon i efektywniejszemu wykorzystaniu durastali.

 

Ostatecznie do jej upadku przyczynił się najazd nieznanej rasy ponad jedenaście tysięcy lat temu, który dosłownie zniszczył planetę. Czystki w archiwach, przeprowadzone przez republikańskie władze i czas doprowadziły do sytuacji prawie całkowitego zapomnienia o niegdysiejszej potędze grożącej Republice, która jednak nie nadużywała wpływów i potrafiła żyć w pokoju.

 


Trochę kultury

Drodzy czytelnicy, co robicie w wolnym czasie, kiedy to dni dłużą się niemiłosiernie, a czas jakby zwalnia chcąc się zatrzymać? Bo jeśli jeszcze nie wpadliście na pomysł co robić w takich chwilach, bądź szukacie czegoś nowego, mamy nadzieję, że znaleźliśmy rozwiązanie właśnie dla Was! Nasz sposób jest prosty. Kiedy czekanie na kolejny numer naszego Tygodnika Imperialisty daje się Wam we znaki i chcielibyście choć na trochę oderwać się od codzienności, proponujemy po sięgnięcie o książkę o wdzięcznym tytule „Ślimak zwany Grendel”. Nazwa nie zachęca? Nie dziwi nas to, jednak zaręczamy, iż ta wydana w 22BBY nowela posiada wszystko czego moglibyście oczekiwać od dobrej książki. Napisana została przez tego samego autora, którego znamy z opublikowanej rok wcześniej „Nocy Mynock”, która długo utrzymywała się na zasłużonym, piątym miejscu bestsellerów, Rogar’a Farnoster’a. Mniej doceniona opowieść o Sosakarze, nie jest jednak gorsza od swojej poprzedniczki i mimo nie dostania się na listę HoloNet News, wciąż zasługuje na poświęcenie jej kilku chwil wolnego czasu. Jeśli jednak nie zdecydujecie się na przeczytanie tej książki, może zainteresujemy Was wspaniałą „Plażą Gwiazd” autorstwa Kai’a Konnik’a, która wygrała nagrodę Galaxis Award, na najlepszą książkę, w 22BBY. Z naszych wywiadów wynika jednak, że mimo swojej popularności w tamtych czasach, aktualnie niewiele osób o niej słyszało. Zapewniamy jednak, że zdecydowanie zasłużyła ona na nagrodę i sławę, którą się w tamtym okresie cieszyła. Mamy nadzieję, że Wasze wieczory, których nie spędzacie akurat na morderczych treningach, będą dzięki tym dwóm książkom choć trochę przyjemniejsze. Życzymy przyjemnej lektury.


Wakacje na Tatooine

Sytuacja na Tatooine nie jest do końca tak dobra jak niektórzy z was mogą sobie wyobrazić . Jednym z powodów są piraci, Tuskeńscy najeźdzcy czy nawet łowcy nagród. Większość skupisk tych szumowin znajduje się w obecnych wrakach okrętów, pojazdów i wielu ruinach dawnych zabudowań. Zalecamy naszym czytelnikom, którzy mają w planie udać się w tamtejsze rejony, aby uważali. Na razie nie odnotowaliśmy żadnych napaści które by zostały zgłoszone władzom. Jednak jeśli chcielibyście polatać śmigaczami to zalecamy uwagę również na sarlacci, które niestety już pożarły kilkunastu nieuważnych turystów, jak i inne stworzenia. Według naszych dosyć niedokładnych niestety statystyk, największa ilość pożartych należy do Tuskenów. Bardzo znany przypadek pożarcia zdarzył się w wiosce tych tubylców, którzy nieuważnie wybudowali osadę na legowisku Sarlacca. Jak to się skończyło to wszyscy możemy sobie wyobrazić. Jednemu z naszych reporterów wraz z droidem protokolarnym udało się dotrzeć do wioski Tuskenów. Posługują się oni dość ciężkim do zrozumienia językiem, jednak udało się nam z nimi dogadać w miarę dzięki droidowi. Reporterowi po dotarciu do wioski rzuca się w oczy dość nietypowy wygląd mieszkańców, noszą ciemne gogle chroniące przed piaskiem, a ich ciała są owinięte bandażami na których spoczywają ciężkie szaty. Zapytny o historię ich wioski, jeden z mieszkańców opowiada ”wiele tysiącleci przed powstaniem Imperium, nasi przodkowie tworzyli zaawansowaną i rozwiniętą cywilizację. W wyniku działalności Rakatan zostali zniewoleni, a następnie cała planeta została spustoszona, a wszelki dorobek utracony. Od tego czasu żyliśmy jako nomadowie. Wykorzystywaliśmy jedynie znalezione uzbrojenie oraz inne niezbędne przedmioty do życia na pustyni jak na przykład skraplacze wilgoci”.

Tuskeni mogą uchodzić za bardzo brutalnych, ale jak widać dogadanie się z nimi jest możliwe.

Ku chwale Nowego Imperium!

Możesz również polubić...